Znaczna część Polski usiana jest popularnymi obozami szwedzkimi. Na tyle, że często od nich nazywano punkty topograficzne, czy nawet ulice. Uchodzą za pamiątkę po najeździe Skandynawów, ale u nas, na terenie naszego regionu, powstały nieco wcześniej. Dlaczego?
Ale od początku. Zazwyczaj jest to charakterystyczny nasyp w kształcie czworokąta lub rombu. Konieczność powstania tego rodzaju konstrukcji była związana ze stylem prowadzenia ówczesnych wojen i doktryny Wallensteina, który twierdził, że wojna powinna wyżywić się sama. Czyli łupiąc wrogi kraj zdobywano fundusze na, jak byśmy dziś powiedzieli, zbrojenia, a zwłaszcza najemników. To trąci absurdem, ale wiele wojen prowadzono tylko po to, aby utrzymać zaciężne armie.
Tu „potop” był wcześniej
Na Dolnym Śląsku i Ziemi Lubuskiej „Szwedy”, a raczej ich armie pojawiły się już podczas wojny trzydziestoletniej, najbardziej wyniszczający konflikt w Europie czasów nowożytnych. Ogromne armie przemierzały ówczesną Rzeszę Niemiecką, walcząc, paląc i plądrując. Rabowali wszyscy, ale to właśnie Szwedzi uczynili z tego doskonale działający mechanizm. Przy okazji stosowali politykę spalonej ziemi, aby łupiony kraj nie podniósł się szybko po takim przemarszu.
Było to na tyle przemyślane, że wcześniej planowano, do których szwedzkich bibliotek mają trafić zrabowane zbiory konkretnych klasztornych, czy pałacowych bibliotek i archiwów. Utworzono nawet urząd antykwariusza państwowego, który zarządzał łupami, które stanowiły wartość kulturalną, czy intelektualną. Wystarczy zresztą zerknąć w katalogi zbiorów szwedzkich bibliotek i muzeów. Ba, popatrzeć na wyposażenie świątyń. Zarówno ówczesna Polska, jak i Dolny Śląsk, czy Pomorze były bardziej zamożną, czyli pełną łupów ziemią obiecaną. Trudno w to uwierzyć, ale dla tych terenów, zarówno pod względem strat demograficznych, jak i rabunków i barbarzyńskiego zniszczenia, były bardziej dotkliwe niż II wojna światowa.

Fot. Muzeum Zamkowe w Sandomierzu
Jak magazyny ecommerce
Po co zatem te szańce. Jak przed laty tłumaczył mi archeolog Jarosław Lewczul nie były to klasyczne obozowiska, a raczej bazy magazynowe lub przeładunkowe, w których gromadzono wojenne łupy. Bardzo duże znaczenie miały te położone nad Odrą. Później spławiano te zrabowane dobra do Szczecina i płynęły dalej, do Szwecji. Najwięcej jest ich w okolicach Głogowa, Bytomia Odrzańskiego, Sulechowa, Krosna Odrzańskiego.
W Polsce zachodniej najwięcej podobnych obwałowań pochodzi właśnie z czasów wojny trzydziestoletniej, chociaż nie jest to regułą. Istniała nawet teoria, że w okolicy Nowego Miasteczka znajdował się podobny obwarowany obóz wojsk napoleońskich. Jednak nawet jeśli istniał to nie udało się odnaleźć jego śladów.
Nie tylko Szwedy
Historycy co i rusz dokonują podobnych odkryć. Nie tak dawno ziemne fortyfikacje natrafił właśnie zespół z udziałem Lewczuka. Poszukiwacze skorzystali, nie pierwszy raz zresztą, z lotniczego skaningu laserowego, który analizuje rzeźbę terenu. Ziemna konstrukcja została posadowiona na szczycie wzgórz w okolicy Bytomia Odrzańskiego. Ich układ przypomina typowe szańce górskie, które zapewniały przegląd okolicy, a jednocześnie były stosunkowo łatwe do obrony. Zdaniem odkrywców to z kolei obóz warowny armii pruskiej z 1759 roku. Nawiasem mówiąc to kolejny obóz Fryderyka Wielkiego odkryty przez badaczy w ostatnim czasie, z tym, że poprzednie znajdowały się w Sudetach.
W literaturze można spotkać wzmianki o obozowisku pruskim w tej okolicy i o wymianie ognia artyleryjskiego z armią rosyjską. Jeszcze w XIX wieku, nazywano je wówczas „pruskimi okopami”. Na szczycie największej reduty miał nawet znajdować się pamiątkowy głaz, ślad pobytu w tym miejscu Fryderyka Wielkiego.
Zresztą rozmaitych pomyłek mamy znacznie więcej. nieporozumień jest znacznie więcej. Przykładem mogą być ślady osady z epoki brązu w Raduszcu Starym koło Krosna Odrzańskiego, które miejscowa ludność niemiecka nazywała Schwedenschanze czyli Szwedzkie Szańce. Nazwa nawet utrwaliła się na mapach.




