Interesuję się troszkę sportem i do szewskiej pasji doprowadzają mnie w tym dziale mediów informacje w stylu „Zobacz, co jedzą na śniadanie córki Lewandowskich”, „Partnerka Milika wygląda oszałamiająco w bikini”. Prawdziwego kibica to irytuje. Jednak ostatnio zaszokowało mnie coś innego. Pisanie z kolei o wojnie w sposób, który powinien znaleźć się w dziale sportowym, powiedzmy, pod nagłówkiem „strzelectwo”.
Oto władze Ukrainy poinformowały, że oficer tamtejszej Służby Bezpieczeństwa trafił wroga z karabinu snajperskiego z odległości 3,8 km i tym samym miał ustanowić rekord świata w strzale z dystansu. W mediach pojawiła się nawet transmisja z tego wydarzenia, którego areną był Bachmut. Widać oko lunety i zarys sylwetki człowieka. Pada strzał, jest trafienie w „dychę”, pada człowiek. Ciekawe jak przy tej odległości zyskali pewność, do kogo strzelają…
Informacja została opatrzona pogłębionym backgroundem. Oto wcześniejszy rekord należał do kanadyjskiego snajpera, który strzelał z odległości 3,54 km w Iraku w 2017 r. Z kolei brytyjski strzelec Craig Harrison dzierżył ten tytuł po tym, jak w 2009 r. zabił talibskiego bojownika z odległości 2,48 km. Także do Brytyjczyków należy rekord w liczbie wrogów zabitych jednym strzałem. Sześciu martwych talibów po trafieniu w kamizelkę z ładunkami wybuchowymi jednego z nich…
Szybciej, wyżej, dalej…Ten świat zwariował. Mamy praktycznie transmisję bezpośrednią z wojny i producenci tych pokazów na żywo sądzą, że jak rozmyją twarz zwłok, to już załatwili sprawę etyki i z człowieka, który przed chwilą chodził, mówił, miał jakieś marzenia, kochał i był kochany, zrobili tylko kupę mięcha. Ładunek 200.
Owszem, obserwacja naszego życia politycznego bije na głowę wszelkie programy w rodzaju „Kabaret na żywo”. To jest smutne. Jednak relacje ze światowych konfliktów biją czasem na głowę wyczyny najbardziej zidiociałych patostreamerów. I nie jest to tylko temat do dyskusji nad kondycją mediów, ale i nas samych.




