Gdy przez przypadek odpalę jakiś film klasy Ż, taki z fruwającymi rekinami, zastanawiam się, kto to ogląda. Gdy gdzieś słyszę debilne teksty z infantylnym bitem, myślę o tym, kto może czegoś takiego słuchać. Gdy wertuję książkę z fabułą o lotności furmanki i dialogami ciętymi z metra tępym nożem, nie zastanawiam się już nawet, kto to czyta, ale kto wydaje. I tutaj właśnie tkwi pułapka podobnego protekcjonalnego myślenia. Gdyby nie było melomanów, kinomanów i czytelników, gustujących w podobnych produktach, nigdy nie ujrzałyby one światła dziennego.
Ostatnio na jednym z popularnych portali przeczytałem opinię dziennikarza, który, jak sam stwierdził, zmusił się do oglądania przez tydzień telewizji Republika. Jak brzmiała recenzja? To stacja mijająca się z prawdą, do bólu stronnicza i manipulująca wszystkim i wszystkimi, a na dodatek robiona siermiężnie, jakby nie z tej epoki… Archaiczna zarówno w sposobie myślenia, jak i sposobie jego zapakowania oraz sprzedaży.
I tutaj idealnie pasuje reklamowe hasło tej telewizji – „Włącz prawdę”. Oceniający Republikę dziennikarz, jak i my wszyscy, zastanawia się, dlaczego rzeczona telewizja ma takie wyniki oglądalności. Ale nie zastanawia się, jak to się dzieje, że to właśnie pracownicy tej stacji oraz politycy, których oni lansują, kształtują sposób widzenia rzeczywistości. I naturalnie sposób głosowania. Prawda czasu, prawda ekranu…
Też kilka razy włączyłem ich „prawdę” i natychmiast przypomniał mi się ksiądz Tischner i Jego trzy góralskie prawdy, czyli „świento prawda, tys prawda i g… prawda”. Oglądając programy informacyjne, łatwo przekonać się, jak ogromna jest szara strefa między „tys prawdą” a „g… prawdą”. Ja jednak widzę punkt graniczny. „Tys prawda” wymija rzeczywistość, a tą drugą można już tylko w kogoś rzucić. W kiepskiej komedii emocjonalną reakcję widzów budzi tort na czyjejś twarzy. W polityce środki są znacznie bardziej wyraziste.
A co ze świętą prawdą? Proszę was…




