Zaczynamy sezon wystrzałowych emocji. Znowu. I pewnie będzie jeszcze wracał znowu i znowu, i na litość boską – znowu. Mimo że kwestia grudniowo-styczniowego huku w końcu wylądowała na urzędniczym biurku i doczekaliśmy się oficjalnego zakazu, a może raczej kompromisu w kwestii używania fajerwerków, to trudno o hurraoptymizm. Od 22 grudnia do końca stycznia – zawieszenie broni. Sylwester i Nowy Rok – ognia!
Czy to krok w dobrą stronę? Owszem. Ktoś w końcu przyznał, że z hukiem o trzeciej nad ranem czy tuż po niedzielnym obiedzie wypadałoby coś zrobić. I tu pojawia się mój sceptycyzm, wynikający z mieszkania na osiedlu, gdzie pisze się „byłem tu” na obdrapanej kamienicy. Czy nowe rozporządzenie rzeczywiście cokolwiek zmienia? Przecież odpalanie petard pod oknem w zwykły wtorek od zawsze było ryzykowne i podpadało pod zakłócanie porządku. Nowy dokument to tylko wyraźniejsze „nie wolno”, które i tak zderza się z twardą, osiedlową rzeczywistością.
Po pierwsze: ci, którzy strzelają w połowie grudnia, na początku stycznia albo w lipcu, mają głęboko gdzieś, co mówi urzędowy papier. Huk jest dla nich anonimową, bezsensowną chwilą głupawej radochy. Ci, którzy nie potrafili dotąd odpalić wyobraźni, nie odpalą jej nagle tylko dlatego, że zakaz ma nową datę. Jak służby mają złapać kogoś, kto pod osłoną nocy – albo i w biały dzień – odpala petardę hukową między garażami i znika, zanim dym opadnie? W małym mieście huku nie da się ukryć, ale sprawcy już tak. Obawiam się, że bez realnych możliwości upilnowania każdego trawnika, będzie to przepis martwy jak moja sympatia do tej „zabawy”.
Zostaje jeszcze ten nieszczęsny wyjątek – noc sylwestrowa. To moment, w którym legalnie pozwalamy na wszystko, o czym przez resztę miesiąca mówimy, że jest złe. A przecież dla zwierząt to wciąż ten sam, trzykrotnie głośniejszy granat przy uchu, niezależnie od tego, co pokazuje kalendarz. Pamiętamy o osobach starszych, z chorobami serca, autyzmem czy traumą. Dla nich ten „koncert”, choćby i w pełni legalny przez te kilka godzin, to po prostu tortura.
Niby próbujemy w końcu ucywilizować pirotechniczny chaos, ale dopóki brakuje iskry empatii, żaden zakaz nie będzie głośniejszy od jednego, durnego „bum”.




