Jednym z bohaterów grudniowej sesji budżetowej stał się… szop pracz. Wszystko dlatego, że w planach wydatków regionu znalazł się zapis o przeznaczeniu pieniędzy na dobrostan tego gatunku. I zaczęło się. Nie wnikając w nazwiska i strony politycznej sceny autorów wypowiedzi, najbardziej ubawiły mnie te, które narzekały, że dbamy bardziej o te skądinąd sympatyczne zwierzaki niż o ludzi. Tutaj rzucano przede wszystkim argumentami zahaczającymi o brak dobrostanu naszej służby zdrowia.
Dlaczego szop pracz stał się nagle regionalnym celebrytą? Nie za sprawą urody godnej pluszaka. To gatunek inwazyjny, który wyrządza coraz większe szkody w środowisku naturalnym oraz gospodarce człowieka. Wszystkożerny i bardzo inteligentny drapieżnik niszczy lęgi ptaków – wyjada jaja i pisklęta. Stanowi też zagrożenie dla drobnych ssaków, płazów i gadów, zaburzając lokalne ekosystemy. Nie są mu również przychylni rolnicy i ogrodnicy. Szopy plądrują pola kukurydzy, sady, pasieki oraz przydomowe ogrody. W miastach niszczą dachy i elewacje, dostają się na strychy i do piwnic, powodując zniszczenia. Na dodatek mogą przenosić groźne choroby i pasożyty, m.in. wściekliznę i glisty, stanowiąc zagrożenie dla ludzi i zwierząt domowych.
Stąd mój uśmiech, gdy pojawiły się głosy o budżetową niepotrzebną dbałość o interesy szopów. Bowiem pieniążki mają być przeznaczone na ich… odstrzał. A tak na marginesie. Nie chcę broń Boże lekceważyć roli sejmiku, wręcz przeciwnie, uważam to ciało za fundament naszej demokracji. I kiwam tylko głową, gdy słyszę, że przenoszone tutaj są spory rodem z parlamentu. Jednak karykatura polityki rządzi już nawet naszymi radami sołeckimi i czasem myślę, że na wyższe szczeble trafia raczej import takiej wsiowej polityki niż zwyczajów rodem z ul. Wiejskiej. Króluje zasada, parafrazując pawlakową zasadę, zdrowy rozsądek, zdrowym rozsądkiem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie, Czyli „sami swoi” w politycznym wydaniu, z tym, że nikt nie podchodzi do płotu.




