Nie wiadomo, jak podejść do trzypunktowej porażki Zastalu w Sopocie z Treflem. Cieszyć się, że nasz zespół powalczył z ligowym potentatem typowanym do rywalizacji o medale w jego hali, czy też smucić się, bo tego dnia była wielka szansa, by tam wygrać?
Nie marudząc i nie rozdzierając szat, bo porażka jest wpisana w rywalizację, jestem raczej bliższy smutkowi, bo rzeczywiście żal było patrzeć, jak marnujemy szansę w końcówce. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że być może nasze oczekiwania są jednak za wysokie. Może zbyt optymistycznie patrzymy na możliwości tego zespołu, bo jeśli chcemy wygrywać z najlepszymi, to słabego dnia nie może mieć żaden zawodnik decydujący o sile ekipy? Może musimy patrzeć bardziej realnie i myśleć raczej o utrzymaniu pozycji w środku tabeli niż ulokowaniu się w górze? Te pytania pewnie znajdą odpowiedź w najbliższych tygodniach.
Jedno jest pewne: ten sezon jest zupełnie inny od dwóch poprzednich i wreszcie nie musimy drżeć o utrzymanie. Trener ma pomysł, zespół nieźle wygląda i nawet jeśli czasem ktoś okazuje się słabszym elementem tej układanki, co ma wpływ na wynik, to trzeba być optymistą i tyle. Teraz przed Zastalem wyjazdowy mecz z Górnikiem Wałbrzych. Jestem bardzo ciekaw, jak wypadniemy z trudnym rywalem, i to w jego hali.
To była trudna sobota, bo niespodziewanie przegrały też gorzowskie akademiczki. Piąte w tabeli Zagłębie, które do tej pory kojarzyło mi się raczej z męskim basketem, pokonało lidera. Cóż, bywa i tak…
Wracając do Zagłębia, które kiedyś było mistrzem Polski. Na początku lat 90. pojechałem na mecz do Sosnowca maluchem w straszliwej śnieżycy i zimnisku na minus dziesięć. Nie dość, że coś się popsuło z ogrzewaniem, szyby zamarzały od wewnątrz, to jeszcze Zastal wyraźnie przegrywał od początku do końca i oczywiście przegrał…




