Mniej więcej za dwadzieścia miesięcy odbędą się kolejne wybory parlamentarne. Do tego czasu mamy elekcyjny spokój. Początek 2026 roku wywołał u mnie taką refleksję, że w naszym regionie utrzymujący się polityczny status quo utrzymywać się będzie już wiecznie. Dlaczego? Ano z prostego względu: wszyscy pochowali się do mysich dziur.
Oczywiście wszyscy poza politykami i samorządowcami związanymi z Platformą Obywatelską oraz współrządzącym województwem PSL, które dostało wiatru w żagle po zmianie władz w regionie.
PiS? Zajmuje się sobą, ugrzązł w takim permanentnym kryzysie. Bez wizji i chęci nowego otwarcia, szczególnie pokoleniowego. Ślepy zaułek.
Lewicy nie ma. Nesterowicz jest wicewojewodą, a Kucharska-Dziedzic jest posłanką, która raczej stawia na siebie i swoją karierę w Warszawie niż na dbanie o lubuskie struktury ugrupowania. Tyle z Nowej Lewicy.
Partii Razem, de facto, w ogóle nie ma w naszym województwie. To znaczy niby jest, ale jej nie widać, ani nie słychać – czyli nie ma.
Polska 2050? Umiera w kraju, dogorywa w regionie. Nawet Maja Nowak nie jest w stanie tego zmienić, bo totalnie pochłonęła ją praca w ministerstwie.
Konfederacja i Korona Brauna? Ugrupowania będące na fali w ogólnopolskich sondażach wydają się być w Lubuskim nieobecne – bez sił, ludzi i chęci.
Patrząc na to wszystko z boku, jakoś przestaje mnie dziwić, że Platforma od lat, bardzo lub bardzo-bardzo wyraźnie wygrywa wszystkie wybory w Lubuskiem. Pozostaje otwarte pytanie: czy to Platforma robi tak dużo, czy inni robią tak niewiele?




