Swoje pierwsze studia rzuciłam między innymi przez koszty. Miałam czterdzieści godzin obowiązkowych zajęć tygodniowo i drugie tyle w postaci samodzielnej pracy nad materiałem. Do tego poniosło mnie z wyborem kierunku – matematyka w technice okazała się wyjątkowo bezlitosna. Pomiędzy uczelnią a próbami zachowania relacji z bliskimi i zdrowego minimum godzin snu – perspektywy zarobkowe wyglądały słabo. Najem pokoju. Dojazdy. Powroty do domu. Jedzenie, książki, kserówki. Wszystko na barkach rodziców. Kiedy doszedł do tego pierwszy warunek – wsiadłam w tramwaj i zrobiłam politechnice „pa, pa”. Po tym jednym semestrze pozostało mi zamiłowanie do sudoku i świadomość, że choć dyplom z uczelni bywa dziś tylko ozdobą, to wciąż nie każdy może sobie na ten luksus pozwolić.
Nie żałuję – wręcz przeciwnie. Jednak nie sposób nie zadawać sobie pytań typu „a co gdyby…”. Gdybym nie wybrała uczelni w innym mieście, mieszkała w domu, przyjaciół miała logistycznie bliżej. Gdyby studia nie wyglądały jak igrzyska śmierci, gdzie każdego dnia był odsiew. Gdybym nie musiała jakkolwiek obciążać rodziców. Z czasem do tego gdybania doszło jeszcze jedno: przecież miałam alternatywę. Tu, u siebie. Drogą ciekawą, ekscytującą, niekiedy przerażającą i totalnie naokoło, jadąc na oparach własnego uporu – koniec końców i tak przecież wróciłam.
System studiów wciąż zbyt często zamiast edukacji przypomina hartowanie stali. I choć wyfrunięcie w świat, zmierzenie się z pełną samodzielnością i anonimowością dużego miasta jest lekcją bezcenną, to często w tej pogoni za prestiżem odległych uczelni stajemy się obojętni na to, co mamy pod nosem. Tymczasem, lokalnie też czekają konkretne perspektywy i szanse. Wykorzystanie ich to nie brak ambicji – to pragmatyzm. Papier jest przecież ten sam. Jego wartość – to całkiem inna historia.



