Dziś nie będzie już o odliczaniu dni do inauguracji żużlowej ekstraligi, o nasiąkaniu atmosferą na trzy tygodnie przed, bo i po co.
Każdy kibic wie, każdy czuje, że już za chwileczkę, już za momencik… A nie każdy ma ochotę, żeby go nakręcać jak – nie przymierzając – akwizytora ruszającego w miasto sprzedawać budziki czy kołdry z wełny merynosów, tudzież owiec wrzosówek.
To co? Dziś powróżymy sobie z fusów, OK? Trójca trzęsąca ekstraligą, czyli zespoły z Torunia, Lublina i Wrocławia, trzyma się dzielnie. Wicemistrzowie dość mocno przewietrzyli skład, stracili aż trzy puzzle ze swojej układanki, ale też nie zasypiali gruszek w popiele i nadal mają arcyciekawą ekipę, z apetytem na odzyskanie złota rzecz jasna. Wiadomo, kibice z Zielonej Góry i okolic będą zapewne baczniej przyglądać się brązowym medalistom, których do boju o coś więcej niż miejsce na najniższym stopniu podium poprowadzi Piotr Protasiewicz.
Czy Falubaz Zielona Góra powinien się czuć jak ubogi krewny tej trójcy? Absolutnie nie! Dominik Kubera i Andrzej Lebiediew dołączyli do drużyny nie po to, żeby walczyć o utrzymanie. Do tego „Myszy” będą miały – tak czuję – najlepszego juniora w ekstralidze, a Grzegorz Walasek zyska sporo możliwości taktycznych i pewnie nie zawaha się ich użyć. Zdaje się więc, że czołowa czwórka to plan minimum na sezon 2026.
Stal Gorzów? Też czwórka, tyle że raczej dolna. Ale spokojnie, spadek jest zarezerwowany – że pozwolę sobie tak zażartować – dla Włókniarza Częstochowa. Jack Holder, Anders Thomsen czy Oskar Paluch swoje zrobią. Ten ostatni zwłaszcza na domowym torze. Zresztą, juniorzy na papierze wyglądają bardziej niż obiecująco. A języczkiem u wagi powinien być Paweł Przedpełski. Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam nieco uważniej śledzić poczynania Adama Bednařa, którego potencjału – tak sądzę – Stal w ubiegłym sezonie nie potrafiła wykorzystać.




