Podczas tej rozmowy w telewizyjnym studio zapanowała konsternacja. Dziennikarz i współuczestnik dyskusji patrzyli na polityka i wbrew logice takiego spektaklu pytali z troską: „Naprawdę chce pan to powiedzieć?”. A senator odpowiedział, że tak. I było krytycznie i wprost, bez partyjniackiej nowomowy. O partii, która oddala się od korzeni, która skręca w stronę nacjonalizmu, która zapomina o programie, mającym w założeniu być odpowiedzią na realne problemy ludzi, a nie nastawionym na podkręcane w nieskończoność emocje.
Miało być klasycznie. Dwa plus jeden. Dwaj panowie w garniturach, z dwóch stron politycznej sceny, okładają się frazesami, a raczej cytatami z liderów oraz pan dziennikarz. Tym razem coś pękło, aktor wyszedł z roli. Tak, z roli, bowiem partie polityczne w Polsce nie są już przestrzenią debaty, a strukturami lojalności. Nie wybieramy ludzi, a szyldy, głosujemy na listę, nie na człowieka. A ten szybko się uczy, że jego rola nie polega na reprezentowaniu wyborców, tylko prezesa.
Polityk, który mówi własnym głosem, staje się problemem. Polityk, który myśli – zagrożeniem. Polityk, który pyta „dlaczego?” zamiast „kiedy?”, psuje przekaz dnia. Nasz system partyjny nie premiuje bowiem kreatywności, kompetencji, charakteru, a lojalność. Bezrefleksyjną i bezwarunkową.
Jeśli kariera nie zależy od tego, co myślisz, ale od tego czy potrafisz trzymać linię partii, to system sam się reprodukuje. Wytwarza polityków, którzy nie wychylają się, wiedzą, że jedno zdanie za dużo może oznaczać koniec miejsca na liście, bo przecież wyborcy głosują na prezesa, a nie na kandydata.
A miało być inaczej. Miał być dyskurs, ścieranie się poglądów, szukanie najlepszych rozwiązań dla współobywateli… Tymczasem działania politycznych plemion coraz częściej przypominają zarządzanie przekazem, polityka staje się komunikatem dnia, a nie realną debatą o państwie.
Tym razem ktoś wyszedł poza scenariusz. Czy też to jedynie wentyl bezpieczeństwa, dowód na to, że „u nas też można”? A może to znak, że nawet w zdyscyplinowanym zespole pojawia się zmęczenie rolą statysty w teatrze, zwłaszcza jeśli scenarzysta i reżyser… Cóż, Grotowskim to on z pewnością nie jest.




