Najsłynniejsza lubuska zbrodnia? Jeśli w tym kontekście można mówić o „sławie”, bez wątpienia jest to tzw. sprawa cygańska, która obrosła legendą, ba, mitologią. Nie tylko dlatego, że jej ofiary były aż trzy. W grę wchodził majątek, w którego skład miało wchodzić jajo Faberge.
Zamordowany został Waldemar Huczko – wójt nowosolskiej gminy romskiej, jeden z najbogatszych i najbardziej wpływowych Romów w regionie. W Nowej Soli mieszkało wielu Romów, należących do różnych klanowych rodzin. Huczko zginął wraz z synem i partnerką. Sprawa, która początkowo wyglądała na „kolejną gangsterską historię”, szybko przerodziła się w jedną z najbardziej zagmatwanych i kompromitujących dla wymiaru sprawiedliwości spraw III RP.
Krwawa noc
19 czerwca 1991 roku, Wieczór. Do środka wchodzą sprawcy. Od razu zakładano, że nie są przypadkowymi „gośćmi”, wiedzą, do kogo przychodzą i po co. To nie jest rabunek „w ciemno”. To wejście z konkretnym zamiarem. Dochodzi do konfrontacji. Padają pierwsze słowa, być może zarzuty. Napięcie szybko eskaluje. W takich sytuacjach nie potrzeba wiele – wystarczy iskra. Ofiara nie ma większych szans. Sprawcy działają zdecydowanie, brutalnie, jakby chcieli mieć pewność, że nie będzie odwrotu. To nie wygląda na przypadkowe pobicie – raczej na działanie z premedytacją albo silną determinacją. Były tortury. Wobec pozostałych ofiar również użyto przemocy, ale wszystko wskazuje na to, że miała ona bardziej „egzekucyjny” charakter – chodziło o eliminację świadków, Sprawcy opuszczają dom. Nie ma świadków, przynajmniej takich, którzy chcieliby mówić. Jeśli ktoś coś widział – zatrzymał to dla siebie.
Ciała odkryto dopiero po kilku dniach. Willa była splądrowana, sejfy opróżnione, szuflady wyrwane. Ofiary wcześniej torturowano, a następnie brutalnie zamordowano. Motyw wydawał się oczywisty – rabunek. Huczko był człowiekiem majętnym, prowadził interesy także za granicą. Wśród skradzionych przedmiotów miało znajdować się legendarne jajo Fabergé, warte miliony dolarów. To właśnie ono przez lata rozpalało wyobraźnię – i być może przesłaniało inne wątki.
– Wszyscy coś wiedzieli, ale nikt nie chciał mówić – wspomina dziś jeden z mieszkańców. – Szybko spekulacje zamieniły się w legendą, ba, w cała mitologię. To była zamknięta społeczność. Tu się nie donosi.

Jajo Faberge ze zbiorów Muzem Gdańska. Fot. Muzeum Gdańska
Romskie prawo
Śledczy szybko wytypowali sprawców. Trop prowadził do związanej ze środowiskim romskim grupy przestępczej z Inowrocławia. Wśród nich byli m.in. Jacek D. ps. „Dombas” i Szymon G. ps. „Cygan” – postacie dobrze znane policji. Zatrzymano ich już rok po zbrodni. Problem polegał na tym, że… zabrakło dowodów. W pierwszym procesie w 1994 roku zapadł wyrok uniewinniający. Sąd uznał m.in., że podejrzani nie mogli pokonać 250 kilometrów w czasie, jaki wynikał z ustaleń śledczych.
Na początku śledztwo wyglądało jak wiele innych. Zbieranie śladów. Przesłuchania. Nazwiska krążące półgłosem. Ale bardzo szybko coś się zacięło.
– Tu się nie mówi – usłyszał jeden ze śledczych.
Bo to nie była zwykła społeczność. To był świat rządzący się własnymi zasadami. Rodzina nie kończy się na najbliższych. Jest strukturą, systemem, często – instytucją silniejszą niż państwo. W społeczności romskiej lojalność nie jest wyborem. Jest obowiązkiem. A obowiązek milczenia bywa ważniejszy niż obowiązek wobec prawa.
Obok tego oficjalnego, zapisanego w kodeksach, istnieje jeszcze inne. Niepisane. Przekazywane z pokolenia na pokolenie. Romskie prawo zwyczajowe – surowe, ale czytelne dla tych, którzy w nim żyją. Konflikty rozstrzyga się we własnym gronie. Winę się ustala. Kary – wymierza. Czasem są to wykluczenia, czasem rekompensaty, czasem decyzje, które nigdy nie wychodzą poza zamknięty krąg. Nic dziwnego, że kilka lat później jeden z cygańskich królów powiedział mi, że cygański sąd wydał już wyrok, czekają na ten „państwowy”. Państwo jest gdzieś obok. Nie zawsze mile widziane.
Jak od ściany
Dziś brzmi to jak detal. Wówczas – był jednym z powodów największej porażki śledztwa. 14 lat… To właśnie ten okres przeszedł do historii jako sedno „sprawy cygańskiej”. Śledczy trafili na barierę, której nie dało się łatwo przebić. Świadkowie wycofywali zeznania albo nagle „nic nie pamiętali”. Strach mieszał się z lojalnością. W takich sprawach jedno i drugie bywa silniejsze od prawa. Do tego dochodziły błędy. Niewłaściwie zabezpieczone ślady, zbyt pochopne hipotezy, brak konsekwencji. Każdy z tych elementów osobno nie musiał przesądzać o porażce. Razem stworzyły chaos. Śledztwo było prowadzone przez różnych prokuratorów, wielokrotnie zawieszane i wznawiane. Gubiono dowody, niszczono ślady, a kluczowi świadkowie znikali lub zmieniali zeznania.
Zarzuty pod adresem organów ścigania były poważne. Brak wykorzystania nowoczesnych metod badawczych (DNA było wtedy drogie i rzadko stosowane), chaos organizacyjny, a nawet podejrzenia korupcji i powiązań świata przestępczego z wymiarem sprawiedliwości. W międzyczasie część podejrzanych po wyjściu na wolność popełniała kolejne przestępstwa.
Sprawa stopniowo znikała z nagłówków. Została w archiwach – jako kolejny przykład śledztwa, które nie potrafiło doprowadzić do finału. Rodzina nie przestała jednak szukać sprawiedliwości.
– Nie chodzi tylko o wyrok. Chodzi o prawdę – mówili bliscy, z którymi rozmawiałem wówczas w nowosolskim domu niedaleko Odry.
Z czasem zmieniali się prowadzący sprawę, zmieniały się kierunki dochodzenia. Pojawiały się nowe wątki, często oparte na tych samych, już raz odrzuconych przesłankach.
Śledztwo sięgnęło DNA
Sprawa ruszyła dopiero pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku. Nowe technologie pozwoliły na analizę śladów biologicznych zabezpieczonych wcześniej. Badania DNA potwierdziły obecność oskarżonych na miejscu zbrodni. Kluczowe znaczenie miał też świadek incognito, który zeznał, że jeden z oskarżonych chwalił się zabójstwem. W 2005 roku zapadł przełomowy wyrok, dwóch głównych sprawców skazano na 25 lat więzienia, kolejnych na 15 lat, pozostali otrzymali niższe wyroki za udział w napadzie.
Dwa lata później Sąd Najwyższy utrzymał wyroki. Sprawa formalnie została zamknięta. Ale czy naprawdę wszystko wyjaśniono? Mimo wyroków, „sprawa cygańska” do dziś budzi wątpliwości.

Fot. pixabay
A co z legendarnym jajem Faberge? Nigdy nie zostało odnaleziony, ale i nie wiadomo czy zamordowany posiadał je w swojej kolekcji i czy rzeczywiście było celem napadu. Chociaż co i rusz pojawiały się plotki, że wypłynęlo na aukcji, w którymś z wielkich domów aukcyjnych. Podobnie nie wiadomo, czy właśnie rabunek był głównym celem sprawców. Ofiary były torturowane, co sugeruje, że sprawcy czegoś szukali – lub chcieli wydobyć informacje.
Ostateczne potwierdzenie wyroków przez Sąd Najwyższy nastąpiło w 2007 r. Wówczas utrwalono wersję o rabunkowym motywie zbrodni. Sprawę uznano jako jedną z najgłośniejszych zbrodni zachodniej Polski lat 90. Wciąż jednak nie pojawiły się nowe, przełomowe ustalenia, które zamknęłyby wszystkie wątki.
Jednak nie tylko dlatego tzw. „Sprawa cygańska” jest dziś czymś więcej niż tylko historią brutalnego morderstwa. To opowieść o Polsce początku lat 90., państwie słabym wobec przestępczości, wymiarze sprawiedliwości uczącym się nowych realiów, i świecie, w którym pieniądze, strach i wpływy często znaczyły więcej niż prawo. Dlatego ta sprawa wciąż wraca – w reportażach, książkach, wspomnieniach policjantów. Bo choć zapadły wyroki, odpowiedzi na wszystkie pytania wciąż nie ma.




