Jeszcze nie tak dawno polska etykieta wręcz wymagała, by na „ze mną się nie napijesz?” ochoczo podstawić szklankę. Dziś raczej wszyscy jesteśmy świadomi tego, że wznosząc toasty za pomyślność i zdrowie, jedno sobie psujemy, a na drugie skracamy czas.
Tyle że świadomość to jedno, a marketing i tak robi swoje. I tu wchodzi nowelizacja tzw. uchwały antyalkoholowej. Głównym narzędziem tej zmiany ma być kategoryczny zakaz promocji. Bo skoro już wiemy, że zabawa kończąca się sobotą na kacu nie powinna być synonimem udanego weekendu, to niech reklamy na każdym kroku nie wmawiają nam czegoś przeciwnego.
Z tym że podczas gdy nowe zapisy dążą do tego, by za promocję uznać cokolwiek, co „zachęca do spożycia”, pod ten sam paragraf – wraz z najtańszym piwem – trafi butelka lubuskiego wina. Można argumentować, że kultura winiarska to glamouryzacja używki. Ale jeśli zabronimy promocji wina w regionie winiarskim, to trochę tak, jakbyśmy w Zakopanem zakazali pokazywania ciupag i oscypków, bo promują przemoc i cholesterol.
Wielkie sprzątanie narodowego barku nie uwzględnia tego, że winiarstwo to jedna z najciekawszych gałęzi naszego rolnictwa, która z mozołem buduje kulturę picia zamiast kultu pijaństwa. Że winnice w Lubuskiem są efektem ogromu pracy ludzi, którzy własnymi rękami – dosłownie i w przenośni – wykopali tę zapomnianą tradycję i zasadzili ją na nowo.
Ustawodawca nie ratuje tym alkoholika. Duże koncerny – nie oszukujmy się – znajdą sobie jakąś lukę, jak to zwykle bywa. Z kolei, dla lubuskiego winiarza nowelizacja w obecnej formie jest po prostu wyrokiem, który w dodatku rykoszetem uderzy w cały nasz region.
Takie egzekwowanie „poprawności” i „postępu” skończy się na tym, że zamiast winorośli będziemy uprawiać fotowoltaikę. Tylko na co my wtedy te wszystkie bachusiki przetopimy?




