Kilka miesięcy temu pisałem felieton o tym, że nieszczęściem naszej polityki jest nadmiar historyków grających pierwsze skrzypce. Ba, to właściwie cała orkiestra, która koniecznie chce nam przygrywać do tańca. Skład? Tak na szybko: Donald Tusk, Paweł Kowal, Adrian Zandberg, Jarosław Sellin, Ryszard Czarnecki, Michał Kamiński, Grzegorz Schetyna, Jacek Sasin, Ryszard Terlecki, Elżbieta Witek i wielu, wielu innych. Wtedy jednak nie wiedziałem, że nadchodzi czas dyrygenta Karola Nawrockiego i jego kameralnego zespołu z maestrem Sławomirem Cenckiewiczem na czele.
Zwróćcie uwagę, że na tej liście są wojownicy z obu wojujących plemion. Na kolejnych capstrzykach, akademiach ku czci, przed kolejnymi pomnikami adwersarze okładają się datami, wydarzeniami i co zaskakujące, bardzo często tymi samymi. Budują cokoły lub wymazują kolejnych, byłych już bohaterów korektorem. Bo historycy u władzy niechętnie oddzielają fakty od ich interpretacji, informacje od komentarza. Co gorsza, często udowadniają, że są wąskimi specjalistami tylko od jednej epoki lub nawet jej fragmentu. Jak nasz prezydent zaliczający poślizg na Chrobrym i genezie wojny na Ukrainie.
Tak, wiem, historia jest nauczycielką życia. Jednak w tym tumulcie efektownych wolt i błyskotliwych porównań oraz odniesień ginie nasza codzienność i przyszłość, bo jak długo można żyć przeszłością, a nadzieję na łatanie dziury budżetowej wiązać z niemieckimi reparacjami. Wiem, upraszczam, ale mam wrażenie, że zbyt wiele czasu i miejsca poświęcamy historii, również tej biblijnej. Może to wszystko, co dzieje się w naszym kraju, miałoby większy sens i szanse powodzenia, gdyby u steru zasiedli inżynierowie, informatycy, spece od marketingu, ekonomiści. Ale myślę o praktykach, a nie teoretykach, którym w życiu znowu nie wyszło.
Dobra, jeśli już muszą być historycy, to proszę o tych zajmujących się historią powszechną, a nie Polski. Bo mam już dość lekcji, na których nauczycielka historia leje mnie linijką po łapach, bo znam daty, ale nie potrafię wyciągać wniosków.




