O kryptowalutach mówi się od kilkunastu lat, ale dla mnie pozostają one wielką tajemnicą. Pomyślałem o tym, gdy jeden z moich znajomych pochwalił się, że kupił ileś tam tokenów, za ileś tam pieniędzy, z perspektywą jakiegoś tam zarobku. Podpytywałem go o zasady rządzące tym światem, ale usłyszałem, że to go nie interesuje, podobnie jak nie interesuje go, jak działa pralka. Ma prać. On chce zarobić.
Tak, wiem, oczywiście, że kryptowaluty wydobywają koparki. Mimo obrazowego skojarzenia z górniczym trudem, kopanie jest potężnym procesem obliczeniowym, a koparki to potężne komputery, które rozwiązują skomplikowane zadania matematyczne, potwierdzając transakcje w sieci blockchain. Za wykonanie pracy otrzymują nowe jednostki krypto. Wiem to wszystko, ale nie rozumiem i zapewne to sprawka mojego numeru PESEL.
Entuzjaści od lat przekonują, że to „waluta przyszłości”. Brzmi kusząco, sieć działa bez banków, opłaty są niskie, a transakcje szybkie. Jednak na rewersie wirtualnej monety jest brak stabilności, wiele państw (w tym Polska) nie ma jasnych regulacji dotyczących ich obrotu, a płacenie nimi wciąż jest rzadkością. Mamy ogromną liczbę krypto, z których niewiele ma realne zastosowanie. Co chwilę powstają nowe, które po kilku miesiącach… przestają istnieć. Ich twórcy znikają, wcześniej sprzedając swoje tokeny po horrendalnych cenach. Do tego fałszywe platformy inwestycyjne, komercyjni „guru” i darknet.
I wreszcie najgorsze. Jeśli zgubisz hasło lub klucz prywatny – tracisz wszystko, i to raz na zawsze. Słyszeliście zapewne o przypadku Jamesa Howellsa, który w 2013 roku omyłkowo wyrzucił twardy dysk zawierający klucze do 8000 bitcoinów. Dziś są one warte miliardy dolarów, a Howells bezskutecznie próbuje uzyskać zgodę na przeszukanie wysypiska. Chciał nawet śmietnisko kupić.
A u nas? Prezydent Nawrocki zawetował ustawę mającą uregulować polski rynek krypto. W praktyce oznacza to dla wielu niedoświadczonych inwestorów wejście do finansowej krypty, a dla takich jak ja świat ten nadal będzie pełną potworów jaskinią wiedzy tajemnej.
I budzi się we mnie podejrzliwy Polak, pytający: „Komu na tym zależało?”.




