Do polityki wkraczał wręcz na białym koniu, miał być rodzącą się nadzieją, nową jakością, powiewem świeżości, krystalicznym źródłem – zjawiskiem, którego jeszcze na polskiej scenie politycznej nie było. Jego start, a później także wynik w wyborach prezydenckich w 2020 roku miały zapoczątkować nową erę, która rozpisana była aż do 2050 roku…
Po drodze był dziwny alians z PSL, który w 2023 dał władzę, ale długofalowo pozbawił partię Hołowni tożsamości. Do tego novum budowane na politycznych odpadach innych partii? Średni pomysł.
Dla samego Hołowni ta historia prawdopodobnie zakończy się już teraz, na przełomie 2025 i 2026 roku, gdy kolejno przestanie pełnić funkcje: marszałka Sejmu i przewodniczącego partii. Chce kategorycznie pozostawić politykę za sobą. Co takiego się wydarzyło, że człowiek, który kocha siebie, a co za tym idzie, kocha być w centrum uwagi, zdecydował się zejść ze sceny?
Może odpowiedź jest banalnie prosta i polityka zwyczajnie go przerosła? Bo polityka to nie przemijający sejmflix, gdy przez krótki okres, tuż po zwycięstwie w 2023 roku, wszyscy zachwycali się kunsztem marszałka Hołowni, a niektórzy spotykali się w kinach, by wspólnie podziwiać obrady Sejmu. Hołownia kończy dość dziwnie, bo na pastwę losu zostawia projekt, który zakładał, a dodatkowo z przypiętą łatką człowieka, który w dziwnych okolicznościach, po nocach, spotykał się z Jarosławem Kaczyńskim, a na koniec próbuje różnymi kanałami załatwić sobie fuchę w ONZ, choć jego kompetencje są dość, eufemistycznie mówiąc, wątłe.
Parafrazując Moliera: sam tego chciałeś, Szymonie Hołownia.




