Niemcy przeżywają kryzys gospodarczy i polityczny. O tym, na ile wpływa to na polską rzeczywistość, rozmawialiśmy z Czesławem Fiedorowiczem, politykiem, samorządowcem, liderem organizacji zrzeszającej polskie euroregiony.
– Od ponad 30 lat pracuje pan nad rozwojem stosunków polsko-niemieckich. Czy ich obecny stan nie niepokoi?
– Najważniejsza jest świadomość tego, że to, co robię, ma sens, że to, co robimy, jest potrzebne. Dziś po prostu stajemy przed nowymi wyzwaniami i widzimy, jak bardzo świat jest zmienny i nieobliczalny. Kiedyś mówiło się o niemieckiej polityce, tak, jak o piłce nożnej. Futbol to taki sport, w którym grają dwie drużyny, a na końcu i tak wygrywają Niemcy. Wydawało się, że podobnie jest w polityce. Inni coś mówi, coś robią, czegoś bardzo chcą, są głośni, a i Niemcy i tak zawsze zrobią swoje.
– Dziś, podobnie jak niemieckim piłkarzom, nie wszystko naszym sąsiadom wychodzi.
– Podobnie jak niemal cała Europa, świat Berlin przespał nie tylko groźbę wojny, ale sumienną, solidną, oddolną pracą, zapomniał o podlewaniu, pielęgnowaniu demokracji, o danie polityce i politykom szans na zachowanie świeżości przez wprowadzanie nowych ludzi. I w Niemczech nastąpiło pewnego rodzaju zużycie, co przyniosło porażki i rozczarowanie. Zjednoczenie Niemiec nie jest już ani przez mieszkańców dawnych zachodnich Niemiec, ani przez tych ze wschodu, traktowane jako sukces. Jedni uważają, że dostali za mało, a musieli zamknąć wiele enerdowskich linii rozwojowych. Drudzy są przekonani, że zbyt wiele płacą za rozwój wschodu.
– Podobno Niemcom z zachodniej części Niemiec zawsze było łatwiej dogadać się z Polakami, niż z mieszkańcami Brandenburgii, czy Pomorza Przedniego.
– Cóż, jakkolwiek to zabrzmi, jesteśmy bardzo osadzeni w kulturze europejskiej, mamy więcej pewnej otwartości, swobody, luzu, niekonwencjonalności. Jednocześnie jesteśmy trudni do okiełznania i gdzie dwóch Polaków, tam trzy poglądy na jedną sprawę. Niemcy mimo wszystko są dość sztampowi. I na tym styku granicznym Polski oraz Niemiec, bardzo dużo wnosimy, również taki powiew świeżości. To jest doceniane. Jednak zawsze musimy mieć trzy propozycje, aby Niemcy mogli odrzucić dwie.
– Ostatnio coraz częściej słychać echa wypowiedzi niemieckich polityków szukających winnych kryzysu na naszym brzegu Odry i Nysy.
– Niewątpliwie w Niemczech mamy do czynienia z kryzysem głównych dwóch trzonów partyjnych, SPD i CDU, które były osnowami większych relacji, a kanclerze wywodzili się z jednej lub drugiej strony. I jedna, i druga partia przechodzi różne kryzysy. Ostatnio SPD, mam wrażenie, źle wybrało swojego lidera i Scholz zdołował SPD. Friedrich Merz, mimo że był blokowany wcześniej przez Angelę Merkel, teraz wyrósł na lidera i CDU ma szansę wygrać. Ale w międzyczasie powstały co najmniej dwa ważne, trudne ugrupowania polityczne, mianowicie Sojusz Sahry Wagenknecht oraz Alternatywa dla Niemiec, popularnie znana jako AfD, typowa populistyczna partia nacjonalistyczna, która krytykując wszystko i wszystkich, obiecuje wszystko wszystkim, bo nigdy i nigdzie nie rządziła i oby nigdzie, nigdy tak się nie stało.
– Dwie ostatnie partie są nie tylko skrajnie prawicowe, ale i ksenofobiczne. Nie obawia się pan, że grozi nam prawdziwa zapaść w stosunkach z Niemcami.
– Oczywiście pamiętam czasy, gdy pod koniec lat 80. Minionego wieku wybierano Polakom z koszyków na zakupy bułki, mówiąc, że to przez Polaków w NRD brakuje wielu towarów. Musimy również pamiętać, że z zasady wielkie narody, jak Chińczycy, czy Amerykanie, a w Europie, chociażby Niemcy, uważają, że muszą mieć więcej do powiedzenia. Cóż, czasami nie należy ich z błędu wyprowadzać, tylko podkładać im nasze tematy, by oni powtarzali to, co my chcemy osiągnąć. Na tym polega dyplomacja i nam na poziomie euroregionów udaje się tę dyplomację uprawiać, aby osiągnąć cele ważne dla pogranicza, ale i budować autentyczną polsko-niemiecką przyjaźń.
– Mam wrażenie, że nam udało się wiele stereotypów na temat Niemców przepracować.
– Niemcom również. Często słyszę opinię, że głosy adresowane przeciwko obcym nas nie dotyczą. Podobnie przeżyło się pogardliwe określenie polnische Wirtschaft. Dziś Niemcy podkreślają, że zaczynamy być dla nich wzorem pracowitości. Do tego, cytuję pewnego znajomego, zawsze potrafimy coś wykombinować. W Niemczech nie jest znane nawet podobne określenie. Doceniają zatem naszą pomysłowość, sprawność, szybkość co ma wpływ na rozwój naszego kraju. U nas z kolei upadło przekonanie o niemieckiej punktualności.
– Jednak wciąż tkwi w nas dziwna antyniemieckość. Słyszałem wypowiedzi kilku polityków obecnej opozycji, gdzie pobrzmiewały echa satysfakcji z tego, że w Niemczech źle się dzieje.
– Tutaj pasuje jak ulał inne niemieckie określenie schadenfreude. To trochę tak działa, że ludzie, którzy mają kompleksy, próbują za wszelką cenę pokazać, że są lepsi od innych. Nawet jeśli nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością, dobrze robią im takie deklaracje. Polska gospodarka sobie radzi, ale jest bardzo uzależniona od tej niemieckiej. Swego czasu premier Morawiecki pluł na Niemców politycznie, a jednocześnie przyciągnął Volkswagena i Mercedesa, z czego był bardzo dumny. Niemcy to najlepszy rynek odbioru naszego eksportu, a zatem zależność gospodarcza jest tak silna, że każde niepowodzenie gospodarcze Berlina musi nas smucić. Nauczyłem myśleć troskami Niemców. Tych zwykłych ludzi z pogranicza, którzy widzą, że ten obszar traci obywateli kreatywnych, młodych, że się starzeje, bo im słabszy sąsiad, im słabsza niemiecka strona pogranicza, tym niewątpliwe gorzej nam będzie. My, i to jest istota Unii Europejskiej, zrobimy postęp, rozwiniemy się i wykonamy skok cywilizacyjny, robiąc coś razem, a nie przeciwko komuś. A w nas wciąż dużo jest Janka Kosa i Hansa Klosa oraz przekonania, że Hermanna Brunnera łatwo jest ograć.




