Rozmowa z dr. Piotrem Pochyłym z Instytutu Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Zielonogórskiego o wyborach wewnętrznych w Koalicji Obywatelskiej, sytuacji w regionie lubuskim oraz o ocenie działań prezydenta Zielonej Góry Marcina Pabierowskiego.
W Koalicji Obywatelskiej trwają wybory wewnętrzne. Czy z perspektywy partii i jej lidera, premiera Donalda Tuska, szerokie zainteresowanie mediów tym procesem to atut czy ryzyko?
Z teoretycznego punktu widzenia transparentność jest wartością. Pokazanie, że lider partii nie wskazuje z góry szefów struktur regionalnych, tylko oddaje decyzję członkom, wzmacnia demokratyczny wizerunek ugrupowania. Działacze niższego szczebla mają poczucie, że ich głos coś znaczy, że mogą realnie wpływać na kierunek rozwoju partii w regionie. Problem pojawia się wtedy, gdy na światło dzienne wychodzą animozje i konflikty. A polityka to środowisko silnych osobowości, ludzi nastawionych na indywidualny sukces. Te napięcia są nieuniknione. Jeśli jednak zaczynają dominować przekaz medialny, partia ponosi koszty wizerunkowe.
Czy przeciętny wyborca w ogóle interesuje się tym, kto zostanie szefem struktur powiatowych czy wojewódzkich?
To w dużej mierze temat medialny. Wybierają członkowie partii, nie obywatele. Ale kiedy media nadają temu rangę wielkiego politycznego wydarzenia, powstaje wrażenie, że dzieje się coś przełomowego. Część wyborców może odebrać to jako dowód demokracji wewnętrznej, ale inni powiedzą: „znowu kłócą się o stołki”. Zabrakło jasnego komunikatu ze strony władz centralnych: że to świadoma reforma, że potrzeba kilku tygodni dyskusji i sporów, aby wzmocnić struktury przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi. Bez tego łatwo o chaos interpretacyjny.
W Lubuskiem Waldemar Sługocki ma dwoje kontrkandydatów – Elżbietę Polak i Marka Cebulę. To niespodzianka?
Dla samego Sługockiego być może częściowo tak, ale z perspektywy politycznej – niekoniecznie. Widać, że Donald Tusk stara się mieć wpływ na regiony, choć robi to raczej zakulisowo. Otwarte wskazanie kandydata byłoby ryzykowne – w przypadku porażki byłby to osobisty cios dla lidera. Start Marka Cebuli można odczytywać jako próbę zbudowania pozycji. Nawet jeśli nie wygra, może pokazać, że ma 20–30 proc. poparcia, co w przyszłości czyni go realnym graczem. Polityka to maraton, nie sprint.
Czy wynik tych wyborów zdecyduje o sile Sługockiego w regionie?
Zdecydowanie. Wysokie, przekonujące zwycięstwo wzmocni jego mandat i pozwoli mówić: „mam silne poparcie, realizuję wasze pomysły”. Natomiast rozłożenie głosów bardziej równomiernie pokazałoby, że struktura jest podzielona, a przywództwo mniej jednoznaczne. Każda partia potrzebuje fermentu i dyskusji. Problem zaczyna się wtedy, gdy lider uznaje wysokie poparcie za dowód nieomylności i przestaje słuchać innych.
W kontekście tych wyborów pojawia się też nazwisko prezydenta Zielonej Góry Marcina Pabierowskiego. Nie brakuje głosów, że to on może być największym przegranym całej sytuacji.
Na pewno ta sytuacja ze zmianą deklarowanego poparcia w ciągu doby wyglądała niefortunnie. W polityce takie ruchy są oceniane jako brak konsekwencji. Można było zachować neutralność albo od początku jasno uzasadnić swoje stanowisko. Prezydent zawdzięcza zwycięstwo także wsparciu struktur partyjnych. Dlatego jego publiczne wahania w tej sprawie budzą pytania o lojalność i polityczną kalkulację.
Przenieśmy się do samej Zielonej Góry. Po blisko dwóch latach rządów jak ocenia pan działania Pabierowskiego?
Dałbym ocenę dostateczną z plusem. To nie jest bilans negatywny, ale też daleki od entuzjazmu. Widzę problem w braku spójnej, długofalowej wizji rozwoju miasta. Mamy pojedyncze inicjatywy: rewitalizacja starówki, parków, amfiteatru, ofensywa drogowa. To wszystko są potrzebne działania. Ale brakuje odpowiedzi na pytanie: do czego zmierzamy? Jakie ma być miasto za 10 czy 15 lat? Co ma być jego marką? Kogo chcemy przyciągnąć?
Czyli problemem jest bardziej strategia niż pojedyncze decyzje?
Tak. Zielona Góra ma potencjał – położenie, walory rekreacyjne, rosnącą rolę pracy zdalnej. Dlaczego nie stworzyć kampanii skierowanej do Polaków wracających z emigracji? Wielu z nich może wybrać dowolne miasto do życia. Dlaczego nie Zielona Góra? Miasto bez młodych ludzi wcześniej czy później zaczyna gasnąć. Dyrektorzy szkół mówią wprost: kluczowe jest zatrzymanie młodzieży. To wymaga wizji, a nie tylko zarządzania bieżącymi problemami.
A te bieżące problemy – jak sprawa DPS czy przedszkoli – zaszkodziły wizerunkowi władz?
To bardzo wrażliwe społecznie tematy. Decyzje dotyczące rodzin z dziećmi czy osób starszych zawsze budzą emocje. Oczywiście można argumentować, że budżet musi się spinać. Ale polityka to również kalkulacja kosztów społecznych i wizerunkowych. Czasem oszczędność rzędu kilku milionów złotych może oznaczać utratę zaufania wyborców. Być może należało poszukać innych źródeł finansowania albo lepiej wytłumaczyć konieczność tych decyzji.
Czy prezydent odszedł od swojego kampanijnego wizerunku „trybuna ludowego”?
W pewnym sensie tak. W kampanii Marcin Pabierowski budował obraz polityka bliskiego ludziom, chodzącego po osiedlach, słuchającego problemów mieszkańców. Dziś tego elementu brakuje, a w zamian nie pojawiła się silna narracja strategiczna. Rządzenie jest trudniejsze niż kampania, to oczywiste. Ale jeśli zmienia się styl, trzeba go czymś zastąpić – wizją, planem, jasnym komunikatem.
Czy sytuacja w Zielonej Górze może odbić się na notowaniach Koalicji Obywatelskiej w regionie?
Oczywiście. Zielona Góra i samorząd województwa to dwa kluczowe ośrodki władzy dla KO w Lubuskiem. Jeśli w jednym z nich pojawiają się napięcia czy wizerunkowe potknięcia, partia jako całość może to odczuć. W perspektywie kolejnych wyborów – a te są już za półtora roku – potrzebna jest większa spójność, zarówno wewnątrz partii, jak i w zarządzaniu miastem. Bez tego trudno będzie mówić o pełnej mobilizacji elektoratu.
Czy jest jeszcze czas na korektę kursu?
Zdecydowanie tak. Dwa lata to dużo, ale też wystarczająco wcześnie, by dokonać korekty. Potrzebna jest refleksja – zarówno w strukturach partyjnych, jak i w magistracie. Polityka nie znosi próżni. Jeśli zabraknie jasnej wizji i konsekwencji, wyborcy to zauważą. Ale jeśli pojawi się klarowny plan i spójna komunikacja, Zielona Góra może jeszcze stać się przykładem skutecznego, nowoczesnego zarządzania.
Cała rozmowa:




