Lubuski pitawal. Gwałciciel całkiem jak z obrazka

  Lubuski pitawal Gwałciciel całkiem jak z obrazka
Na tablicach ogłoszeń, w witrynach sklepów, na przystankach widniały twarze mężczyzn, którzy nigdy nie istnieli. Historie, które rozpaliły wyobraźnię, uruchomiły falę lęku i gniewu, a potem – jedna po drugiej – rozsypały się jak domek z kart.

Dziś z lekkim rozbawieniem czytam swoje teksty sprzed kilkunastu lat, konkretnie ze stycznia i lutego 2010 roku. Na pierwszej stronie trzy portrety pamięciowe. To był seryjny gwałciciel, który miał uganiać się za Lubuszankami. Z rozbawieniem, gdyż jeden z nich na twarz miał naciągniętą kominiarkę. Czujecie to, portret pamięciowy kominiarki?

U progu 2011 roku Prokuratura Okręgowa w Zielonej Górze definitywnie zamknęła śledztwo dotyczące rzekomej serii gwałtów sprzed lat. Nie było jednego sprawcy. Nie było zorganizowanej bandy. Były za to dramatyczne, często bardzo sugestywne opowieści kobiet, które – jak dziś wiadomo – nie miały pokrycia w faktach.

Pierwszy sygnał? 9 stycznia w Zielonej Górze. Do piątku, 12 lutego zarejestrowano dziesięć ataków. Pięć w Zielonej Górze, a pozostałe w Świdnicy, Lubsku, Wschowie, Krośnie Odrzańskim i Leśniowie Wielkim. Ofiarami nieznanego sprawcy padały podobno kobiety mające od 16 do 40 lat. Niemal w każdym przypadku atakował je ostrym narzędziem. Dwie z ofiar, obie z Zielonej Góry, zostały zgwałcone. Powstały patrole obywatelskie, kobiety na nocną zmianę szły do pracy w eskorcie mężów i braci, niewiasty szturmowały kursy samoobrony, a policjanci i samorządowcy obiecywali coraz wyższe nagrody za pomoc w ujęciu sprawcy. Z dnia na dzień każdy mężczyzna był podejrzanym, zwłaszcza jeśli spojrzymy na ówczesne portrety pamięciowe. Pasowały do każdego.

Krosno Odrzańskie: „To był impuls”

Jedna z historii, która najmocniej poruszyła opinię publiczną, dotyczyła 40-letniej Doroty. Wczesny poranek, droga do pracy, nagły atak, krew, krzyk. Kobieta opowiadała o ciosach, o ostrym narzędziu, o walce z napastnikiem. Internauci pisali o bohaterstwie, o niezwykłej odwadze. Gdy przyjechaliśmy, Krosno przypominało policyjny poligon. Roiło się od stróżów porządku i pograniczników. Przeczesywano cal po calu niewielki skwer. To tutaj miało dojść do napadu. Policjanci ścigali, dziennikarze pisali, kobiety się bały, mężczyźni zapowiadali samosąd, a sprzedawcy gazu pieprzowego liczyli kasę. Tymczasem kobieta okaleczyła się maszynką do depilacji.

Po latach jej matka mówiła już spokojniej:

– To był impuls. Wtedy wszędzie się o tym mówiło. Ona była w złym stanie psychicznym, w depresji, pogubiona. Nie wytrzymała tej atmosfery.

Nie szuka usprawiedliwień. Raczej tłumaczy, jak cienka bywa granica między lękiem a decyzją, która uruchamia lawinę.

– Najpierw byłam przerażona, potem zła. A później przyszło współczucie. To moje dziecko. Ona naprawdę potrzebowała pomocy.

Leśniów Wielki: „Idiotyczny pomysł”

Inna młoda kobieta wymyśliła napaść z udziałem dwóch mężczyzn podszywających się pod komorników. Były noże, były rany, był dramatyczny opis dziecka uderzonego podczas szamotaniny. Podobno kobietę przed gwałtem uchroniło to, że miała na sobie dwie pary spodni.

  Lubuski pitawal Gwałciciel całkiem jak z obrazka
fotpixabay

Krosno Odrzańskie: „To był impuls”

– Chciałam ratować dzieci. Miałam sprawę o odebranie praw rodzicielskich. Myślałam, że jeśli wzbudzę litość, ktoś mi pomoże. To był idiotyczny pomysł.

Jej partner jeszcze po latach nie krył złości:

– I po co był ten cały cyrk?. Przez dwa tygodnie mnie też oszukiwała, a policjantom podała nawet mój rysopis.

– Żaden inny facet nie przychodził mi do głowy – tłumaczyła się rzekoma ofiara.

– A później na ulicy prawie mi łomot spuścili. Dobrze, że miałem dziecko na ręku… A ja w tę historię naprawdę uwierzyłem. I wie pan, jaka była pierwsza moja myśl? Skrzyknąłem chłopaków, wsiedliśmy do auta i postanowiliśmy tego s… zatłuc.

Problemy w szkole

2 lutego byliśmy w podzielonogórskiej Świdnicy. Zboczeniec zaatakować miał 16-latkę. Dziewczyna zgłosiła, że podczas spaceru z psem po parku zaatakował ją nieznany mężczyzna. Z jej relacji wynikało, że sprawca przewrócił ją na ziemię i okaleczył ostrym narzędziem. Do gwałtu nie doszło, bo uciekł spłoszony przez przechodniów. Rozmawialiśmy we wsi, na uliczkach wokół szkoły. Ludzie byli wstrząśnięci, czuć było samosądem, zwłaszcza, że tzw. opinia publiczna uznała, że jeden z mieszkańców wsi jest podobny do mężczyzn z portretu pamięciowego. Potencjalny „gwałciciel” mówił nam później o gehennie, którą przeszedł. Rychło okazało się, że nastolatka wymyśliła napad. Stanęła zresztą za to przed sądem dla nieletnich. Jako powód dziewczyna podała problemy osobiste oraz w szkolne. Sama również się pokaleczyła żyletką. Dodajmy, że bardzo płytko. Zakrwawiona, roztrzęsiona wróciła do domu.

Efekt domina

Śledczy po latach komentowali: skala zjawiska była bezprecedensowa.

– Z taką serią konfabulacji spotkaliśmy się po raz pierwszy – przyznał prokurator. – To trochę przypominało miejski mit. Jak dawniej opowieści o czarnej wołdze. Ale niepokojące jest to, jak łatwo wszyscy w to uwierzyli.

Bo uwierzyć było łatwo. Historie były podobne, szczegółowe, emocjonalne. Pasowały do zbiorowego lęku.

Psycholog i seksuolog Zbigniew Izdebski mówił już wtedy, że jest mu „bardzo smutno”.

– Trudno sobie wyobrazić, jakie emocje musiały towarzyszyć tym kobietom, skoro zdecydowały się na tak drastyczne kłamstwo.

Efekt dominaKolejne zgłoszenia napędzały następne. Portrety pamięciowe rodziły kolejne portrety. Plotka stawała się newsem, news – dowodem, a dowód – kolejną historią.

  Lubuski pitawal Gwałciciel całkiem jak z obrazka
fot pixabay

Dopiero gdy pierwsze kobiety zaczęły się przyznawać, mechanizm zaczął się kruszyć. Jedna po drugiej mówiły: „zmyśliłam”, „przesadziłam”, „spanikowałam”. Dla wielu było już jednak za późno. Strach zdążył zapuścić korzenie.

Zostały postępowania przeciwko kobietom za składanie fałszywych zawiadomień. policjanci podliczyli wydatki. Tylko te w Krośnie oszacowano na 40 tys. zł… Został też ogromny niesmak. Zostało też pytanie, które wraca jak bumerang: czy następnym razem, gdy ktoś zgłosi prawdziwą krzywdę, nie spotka się z niedowierzaniem? Bo ta historia nie jest tylko o kłamstwach. Jest także o samotności, bezradności i desperacji. O ludziach, którzy nie znaleźli innej drogi, by wołać o pomoc.

I o nas wszystkich – jak łatwo potrafimy dać się porwać strachowi. Jak szybko budujemy potwora z plotek. A potem długo nie umiemy go pogrzebać. Zielonogórska prokuratura po kolei umarzała kolejne śledztwa w sprawie rzekomego gwałciciela. Przed sądem stawały kolejne „ofiary”, otrzymywały wyroki w zawieszeniach. Jak mówiono, w całej tej historii czuć było miejskim mitem, tak jak przed laty w historiach z czarną wołgą porywającą dzieci. Prokurator mówił, że to niepokojące, jak łatwo wszyscy możemy uwierzyć w tak dramatyczne opowieści. Wierzymy, że coś takiego obok nas może się zdarzyć… I to, jak łatwo w tę historię jak z filmowego thrillera dały się wkręcić media.

  Lubuski pitawal Gwałciciel całkiem jak z obrazka
fotpixabay

Tekst powstał na podstawie moich materiałów opublikowanych w „Gazecie Lubuskiej”

Przewijanie do góry
logo LCI Wydarzenia Lubuskie
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.