Karola Nawrockiego można lubić albo nie, można się z nim zgadzać lub nie, a jego decyzje można aprobować bądź kontestować, ale dyskusji nie podlega fakt, że jest prezydentem i od początku swojej kadencji ma pełne prawo do tego, by realizować swoją wizję prezydentury. Ot, demokracja.
Możemy się spierać, czy głowa państwa powinna tak usilnie wchodzić w kompetencje rządu, czasami wręcz na granicy tego, co stanowi konstytucja. Możemy rozwodzić się nad tematem kolejnych prezydenckich wet i narracją rządzącej koalicji o „wetomacie” w Pałacu Prezydenckim. Ot, polityka.
I tak, jak Nawrocki idzie swoją drogą, a rząd swoją, tak jedna kwestia do tej pory wymagała tego, by te dwa obozy poszły w jednym kierunku – ponadpartyjnej kwestii bezpieczeństwa państwa. Odrzucenie programu SAFE to, według mnie, pierwszy tak klarowny błąd za kadencji Nawrockiego.
Prezydent i jego otoczenie, którzy do tej pory doskonale dbali i kreowali PR oraz wizerunek głowy państwa, tutaj totalnie się pogubili. Pytanie, jakie faktycznie stały przesłanki za taką decyzją? Amerykańska presja, prawicowy antyeuropejski kurs w Polsce czy perspektywa oglądania w kampanii parlamentarnej, jak rząd Tuska wydaje miliardy na modernizacje polskiej armii?
Niezależnie od motywów, na tej decyzji straci po prostu Polska i mam wrażenie, że w dłuższej perspektywie prezydentowi Nawrockiemu nie zostanie to zapomniane.
Cóż, jednak zostawiając względy merytoryczne na bocznicy, na koniec dla rządzących, szczególnie tych spod szyldu Koalicji Obywatelskiej, pozostaje jedna refleksja, która wracała, wraca i wracać będzie – trzeba było wygrać wybory prezydenckie.




