Historyczna porażka Viktora Orbána i miażdżące zwycięstwo opozycyjnej Tiszy wywracają polityczną scenę Węgier.
To moment, który jeszcze niedawno wydawał się mało realny. Po 16 latach nieprzerwanych rządów Viktor Orbán traci władzę, a jego Fidesz zostaje zepchnięty na margines parlamentu. Partia Petera Magyara – Tisza – zdobywa 138 mandatów w 199-osobowym parlamencie, uzyskując większość konstytucyjną.
Skala porażki Orbána pokazuje zmęczenie społeczeństwa dotychczasowym modelem rządzenia. „Orbanomika”, silna centralizacja i napięcia z Unią Europejską przestają być dla wielu Węgrów odpowiedzią na współczesne wyzwania. Magyar zapowiada nowe otwarcie: odblokowanie miliardów euro z Brukseli, odbudowę relacji w UE i pierwszą wizytę właśnie w Warszawie.
Węgierskie głosowanie stało się lustrem dla polskich podziałów politycznych. Jedni widzą w nim powiew europejskiej normalizacji, inni: utratę ważnego sojusznika o podobnej wizji państwa. Donald Tusk skomentował wynik na portalu X słowami: „Węgry, Polska, Europa. Znowu razem!”.
Media społecznościowe lubuskich polityków niosą tę informację. – Kaczyński chciał Budapesztu w Warszawie, a mamy Warszawę w Budapeszcie. Brawo Węgry, prawo Peter Magyar. Zwyciężyła wolność – napisał na FB Sebastian Ciemnoczołowski, lubuski marszałek.
Z kolei Łukasz Porycki komentuje sprawę w kąśliwym tonie:

Wadim Tyszkiewicz zagrzewał do dyskusji:

Ze strony PiS pojawią się szybkie analizy. Onet cytuje posła PiS, Pawła Jabłońskiego, który mówi: – Tak jak ze zwycięstwa Trumpa 1,5 roku temu, tak z wczorajszej klęski Orbana polska prawica musi wyciągnąć wnioski. Przyczyny tej klęski są złożone, ale najistotniejsze to — w wielkim skrócie — zła sytuacja gospodarcza i zmęczenie 16 latami rządów jednej partii. A to ostatnie zostało spotęgowane przez jednolitość przekazu, przekonanie o własnej nieomylności, arogancję i radykalizm w działaniach i komunikacji części polityków — a w efekcie gigantyczną niechęć już nawet nie na poziomie programu politycznego — a czystych emocji.




