To straszne, jak my Polacy potrafimy nawet piękny nasz kawałek historii, który powinniśmy wspólnie pielęgnować, obrócić w niemal śmiertelny konflikt – pisze Andrzej Flügel w felietonie „Zakola i meandry”.
Pan Bogdan w sumie się tego spodziewał, ale gdzieś tam w głębi tkwiła w nim jakaś iskierka nadziei, że nowy prezydent zacznie swoje urzędowanie od przekonania tych, którzy na niego nie głosowali, że przynajmniej stara się być prezydentem wszystkich Polaków. Nic z tego. Zaczęło się od konfrontacji, połajanek, wetowania ustaw. Mało tego – sugestii, że większość sejmowa i rząd, zanim coś uchwalą, mają konsultować się z głową państwa. Do tego mądrowanie się, jeśli chodzi o politykę zagraniczną, podkreślanie, jak to prezydent Trump lubi, szanuje i poważa naszego.
Tymczasem słychać, oczywiście nieoficjalnie, że Trump wkurzył się, jak Karol Nawrocki na telekonferencji przed jego spotkaniem z Putinem pouczał go, jak ma rozmawiać z rosyjskim satrapą, oraz zachęcał do przypominania Rosjanom bitwy warszawskiej. W efekcie na kolejnym spotkaniu zabrakło naszego prezydenta. I tak się może kończyć wyskakiwanie przed szereg. Jest jednak nadzieja, że nauczony doświadczeniem swoim i tym, jak został potraktowany wcześniej prezydent Ukrainy, Nawrocki będzie w Gabinecie Owalnym uśmiechał się i kiwał głową potwierdzająco, kiedy Trump będzie opowiadał, jaki jest wielki, ile wojen zakończył, jeszcze zakończy i jak wspaniale urządzi świat.
Pana Bogdana smuci początek prezydentury, to nabzdyczenie, tromtadracja i ofensywa ludzi prawicy, którzy jakby włączyli trzeci bieg podziałów, tworzenia rowów i dolewania oliwy do ognia. W tym czują się doskonale!
Jesteśmy straszliwie podzieleni. Aż żal patrzeć, jak uroczystość rocznicy podpisania porozumień sierpniowych jest obchodzona nie razem, a obok siebie. Prezydent razem z Solidarnością, która dziś, zamiast być związkiem zawodowym, jest przybudówką PiS, a ci, którzy ten słynny strajk wywołali i postawili się komunie, ale dziś są nieakceptowani przez tamtych – osobno. To straszne, jak my Polacy potrafimy nawet piękny nasz kawałek historii, który powinniśmy wspólnie pielęgnować, obrócić w niemal śmiertelny konflikt.
A potem dziwimy się, jak nas oceniają w Europie jako ludzi, którzy najpierw potrafią pięknie i odważnie rozwalić stary, zmurszały gmach, ale potem przy tworzeniu nowego pokłócić się tak, że budowa, jeszcze nieskończona, trzeszczy i chwieje się w posadach.




