Powstanie stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego nie oznacza jeszcze politycznego trzęsienia ziemi, ale pokazuje narastającą walkę o wpływy w PiS – ocenia prof. Jarosław Macała, politolog z Uniwersytetu Zielonogórskiego. W rozmowie wskazuje, że stawką nie jest dziś rozłam partii, lecz przyszłe przywództwo po Jarosławie Kaczyńskim i wybór strategii na kolejne wybory parlamentarne.
Czy powołanie przez Mateusza Morawieckiego stowarzyszenia Rozwój Plus oznacza już poważne przetasowanie na polskiej scenie politycznej?
Na razie mówimy raczej o przepychance wewnątrz PiS. O prawdziwym przetasowaniu można byłoby mówić dopiero wtedy, gdyby partia się rozpadła. Na ten moment nic na to nie wskazuje. W PiS trwa natomiast wyraźna walka o władzę i sukcesję, bo widać, że pozycja Jarosława Kaczyńskiego słabnie. To otwiera przestrzeń do rywalizacji o przyszłe przywództwo.
A ruch Morawieckiego to pierwszy krok w tym kierunku?
Może nim być, ale na razie to przede wszystkim próba wzmocnienia własnej pozycji. Morawiecki od dawna czuje się odsuwany na boczny tor, zarówno przez prezesa, jak i przez inne frakcje partyjne. Zakładając własne stowarzyszenie pokazuje, że ma zaplecze i przystępuje do gry o przywództwo.
To znacząca demonstracja siły?
Tak, bo przez lata zbudował wokół siebie własne środowisko. Pamiętajmy, że wchodził do PiS jako polityk bez zaplecza partyjnego, więc stworzenie własnej frakcji jest dowodem dobrze przeprowadzonej pracy politycznej. Pytanie tylko, jak trwała jest lojalność tych ludzi i czy wytrzyma ewentualne starcie z decyzjami prezesa.
Czy głównym rywalem Morawieckiego jest dziś Przemysław Czarnek i jego frakcja?
Widać, że reprezentują dwa różne podejścia do strategii politycznej. Morawiecki stawia na bardziej umiarkowany kurs i próbę dotarcia do centrum, do wyborców rozczarowanych zarówno PiS, jak i obecną koalicją. Z kolei środowisko Czarnka stawia na bardziej radykalny przekaz i walkę o elektorat z Konfederacją. Te dwie strategie dziś wzajemnie się wykluczają.
Która droga może być skuteczniejsza?
To zależy od tego, jakie będą wyniki badań i sondaży. PiS dysponuje bardzo rozbudowanym zapleczem analitycznym i na pewno dokładnie bada nastroje społeczne. Na razie partia postawiła na bardziej radykalny kierunek, ale jeśli nie przyniesie to wzrostu poparcia, ta strategia może zostać zmieniona.
Czy Morawiecki, podejmując taki ruch, stawia prezesa Kaczyńskiego pod ścianą?
Bez wątpienia testuje jego cierpliwość. To jazda po bandzie. Dla Kaczyńskiego jest to problem, bo jeśli zaakceptuje taką demonstrację niezależności, inni politycy mogą pójść tą samą drogą. Jeśli jednak zareaguje ostro, ryzykuje pogłębienie konfliktu.
Jak niebezpieczny dla PiS jest ten konflikt?
Najbardziej niebezpieczne jest to, że wyszedł na zewnątrz. Do tej pory podobne sprawy załatwiano w zaciszu gabinetów. A każdej partii szkodzi sytuacja, w której zaczyna zajmować się sama sobą zamiast polityką.
Czy na tych problemach korzysta dziś koalicja rządząca?
Oczywiście, ale nie może popadać w przesadną radość, bo sama ma poważne problemy – zarówno z realizacją obietnic wyborczych, jak i z napięciami wewnętrznymi. Przed nią również stoi strategiczna decyzja: czy do kolejnych wyborów iść jedną listą, czy w kilku blokach.
Może najbardziej powinna skorzystać na tym lewica? Przecież ruch Morawieckiego to byłby kolejny prawicowy byt na scenie politycznej.
Lewica ma swój elektorat, ale ograniczony głównie do dużych miast. Tymczasem wybory w Polsce wygrywa się przede wszystkim poza wielkimi ośrodkami. Jeśli lewica chce się utrzymać, musi wyraźnie pokazywać swoją odrębność i odcinać się od Koalicji Obywatelskiej. Jej największym konkurentem nie jest dziś PiS, lecz właśnie KO.
Cała rozmowa:




