15 października stałem w liczącej ponad kilometr kolejce do konsulatu RP na Majorce. I po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem się dumny z tego, że jestem Polakiem. Pierwsze wrażenie? Skąd na tej niezbyt dużej wyspie tylu rodaków. Byli turyści, ale także wielu, którzy sami mówili już o sobie, że są lokalsami. To kilkugodzinne oczekiwanie było niezwykłą okazją do poznania ludzkich historii.
Najbardziej zapadło mi w pamięci jedno zdanie niemłodego już Polaka. „Mam nadzieję, że po tych wyborach przestanę na każdym kroku zazdrościć tym, którzy z Polski wyjechali”. Co do wyborów ludzi z tej kolejki nie miałem żadnych wątpliwości. I stało się. PiS zdobył mniej więcej tyle głosów, co Konfederacja. Nieco ponad setkę. Na 2,3 tys. głosujących. Miazga.
I tak kilka dni temu wracałem na ojczyzny łono w przekonaniu, że wracam do innej Polski. Na niemiecko-polskiej granicy kontrola. Na nas policjanci nawet nie spojrzeli. Benzyna droższa tylko o kilka groszy, ale orlenowscy pracownicy nie chcieli rozmawiać z zakłopotaną miną: „rozumie pan”. Włączyłem radio w samochodzie. Wysłuchałem cytatów z dotychczas rządzących, którzy twierdzili, że zwyciężyli, prezydenta, który przekonywał, że miałem i mam szczęście, że on sprawuje ten urząd, bo nie pozwoli nic zmienić i wreszcie miłościwie nam panującego Jarosława mówiącego o niewdzięczności. No i ten nadal trwający remont toalety w moim miejscu pracy. Gdzie jest ta Polska z kolejki do urny?
Dlatego współczuję politykom opozycji. Z jednej strony ten ogromny ładunek nadziei, oczekiwań i emocji. Z drugiej zgliszcza, przepaść budżetowa, zaorany wymiar sprawiedliwości, zapaść służby zdrowia, oświaty, rozbuchane wydatki na zbrojenia… Stąd na starcie tego nowego, nam, spodziewającym się działania opozycyjnej magicznej różdżki, trzeba jasno powiedzieć, że rzeczywiście za ten bilans otwarcia, który równoważyć będziemy latami, powinniśmy być „wdzięczni” ludziom Jarosława. Aby określenie „wina PiS-u” nie stała się pustosłowiem tak, jak „wina Tuska”.









